Tytuł: Sherlock Holmes
Scenariusz: Lionel Wigram, Michael Robert Johnson, Anthony Peckham, Simon Kinberg
Reżyseria: Guy Ritchie
Muzyka: Hans Zimmer
Rok: 2009
Produkcja: USA, Niemcy
Czas trwania: 128 min
Gatunek: przygodowy, elementy kryminału
Aktorzy: Robert Downey Jr, Jude Law, Rachel McAdams, Mark Strong i inni
Na podstawie: cykl o opowiadań i powieści Sherlocku Holmesie autorstwa Sir Arthura Conan Doyle'a

Sherlock Holmes jest jedną z tych postaci światowej literatury, którą znać warto, wypada i wręcz trzeba. I to nawet nie znając długiego cyklu opowiadań i powieści Arthura Conan Doyle'a o przygodach detektywa i jego przyjaciela dr Watsona.
Mierzyć się z ekranizacją postaci tak kultowej mogą tylko twórcy naprawdę odważni. Na całe szczęście kilku już takich było i opisywany film 'Sherlock Holmes' jest jedną z kilku adaptacji. A z pewnością jest spojrzeniem najnowszym, najświeższym.
Krótkie wprowadzenie dla czytelników, którzy nie mieli okazji zapoznać się z literackim oryginałem. Sherlock Holmes to jedna z najważniejszych postaci w całej twórczości Sir Arthura Conan Doyle'a. Bohater przez niego opisywany to zamieszkujący przy londyńskiej Baker Street ekscentryk, który trudni się pracą detektywa. I to z nadzwyczajnym skutkiem, jako że ma wyjątkowy dar percepcji i niezrównany, chłodny i logiczny umysł. Przez lata [choć nie we wszystkich opowiadaniach występuje] asystuje mu dr Watson - zarazem przyjaciel, pomocnik i charakterologiczna przeciwwaga. Duet Holmes - Watson rozwiązuje dziesiątki spraw, głównie kryminalnych, wyprzedzając daleko w skuteczności angielską policję. Opowieści o tych sprawach oscylują pomiędzy przekonującym racjonalizmem, a duchem wiktoriańskiej naiwności i pseudonaukowości. Tyle trzeba, by z minimalną wiedzą móc cieszyć się filmem, który eksperci Epicentrum Kałuży w niniejszej recenzji analizują. Dodać trzeba że niewiele więcej z pierwowzoru uświadczymy.
Od razu zaznaczyć wypada, że 'Sherlock Holmes' nie jest ekranizacją żadnego konkretnego opowiadania, ale bardziej zlepkiem motywów umieszczonych w zupełnie nowej, specjalnie obmyślanej historii. Historii tej nadano epicki rozmach. Po latach owocnej współpracy z Holmesem, Watson znalazł sobie towarzyszkę życia i wyprowadza się z osławionej Baker Street. Tymczasem odnajduje się dawna miłość samego wielkiego detektywa. A wszystko to jeszcze bardziej się zagmatwa, gdy ujęty i powieszony okultystyczny zabójca [co ciekawe - o szlacheckim tytule - Lord Blackwood] powraca z martwych i zaczyna głosić nadejście nowego porządku świata.
Trzeba przyznać, że sama historia nie jest pomysłem nietrafionym, mimo że podchodziłem do niej z ostrożnością. Ma cechy romantycznej przesady i jest uroczo nieprawdopodobna - dokładnie tak jak wiele spraw książkowego Holmesa. Mam wrażenie że twórcy przesadzili z zasięgiem fabuły i akcji [pan Conan Doyle z rzadka tylko powierzał swojemu bohaterowi sprawy wagi światowej], ale rozumieć to należy jako wymóg kina hollywoodzkiego, które niczym mniejszym się łatwo nie zadowoli.
Niestety moim zdaniem postacie zrobiono po prostu źle. Jeszcze do wytrzymania dla znawców literackiego oryginału jest sam Sherlock Holmes - dobrze zagrany przez Roberta Downeya Jr. Mimo jednak brawurowej kreacji scenariusz z ekscentrycznego, aż przerażająco chłodnego samotnika zrobił furiata [z pewnymi okresami uspokojenia] i nieprzystosowanego społecznie typa prymitywnego. Potem już tylko gorzej. Watson zamiast statecznego, konserwatywnego, ale odważnego i rycerskiego [a przy tym niegłupiego] młodego człowieka w filmie stał się rodzajem osiłka - intelektualisty. Co gorsza niczemu się ów bohater nie dziwi - a przecież w książkowym oryginale znakomicie funkcjonował genialny schemat: Holmes wygłasza absurdalną teorię z całkowitą pewnością, Watson dziwi się i stara się zaproponować jakiś intuicyjnie słuszny wariant, po czym okazuje się że detektyw miał absolutną rację. Mimo że również i rola doktora została ładnie odtworzona [Jude Law], to nie przypadła mi ona do gustu w ogóle. Podobnie nieznośny jest inspektor Lastrade, z którego twórcy filmowi uczynili totalnego głupca [by w zaledwie jednej scenie go zrehabilitować], gdy tymczasem powinni tą dość tragiczną postać, której niewiele się udawało i która pozostawała zawsze w cieniu słynnego detektywa odmalować większą ilością kolorów. Tak naprawdę chyba największe wrażenie zrobił na mnie profesor Moriarty, jako skryty w cieniu, demoniczny arcywróg, który nie odkrywa swoich zamiarów, a przebieg wypadków kontroluje z oddali.
Wierność oryginałowi miały zapewne sugerować bogato czerpane cytaty bohaterów. Jednakże zrobiono to w sposób niemal identyczny jak w wielu wcześniej oglądanych produkcjach opartych na głośnych kulturowo pierwowzorach [niech wymienię tylko te pochodzące z kultury młodzieżowej: 'Transformers', 'Spider Man', 'X Men']. A mianowicie - cytowanie polega na wyrwaniu sytuacji lub dialogu z kontekstu i włożenie go w inny, najczęściej niezbyt pasujący. Jako przykład podać można scenę odczytywania informacji z zegarka - niemal identycznie przebiegała ona w książce 'Znak Czterech'. Podobnie rzucane uwagi takie jak 'Przestępstwo jest pospolite, logika jest rzadkością' mają pobudzać apetyt znawców. W rzeczywistości jedynie dają do zrozumienia, że twórcy w ogóle wiedzą o istnieniu oryginału. Nic poza tym.
Żeby analizę postaci pogłębić należy odnieść się jeszcze do popkulturowego wizerunku bohaterów, który jeszcze bardziej kontrastuje z tym filmowym. Nie wiedzieć czemu Holmes jest powszechnie uważany za flegmatyka, a Watson za człowieka o nikłej wiedzy. Myślę, że chyba takim postrzeganiem należy tłumaczyć dążenie filmowców do stworzenia postaci wyrazistych, aż do przesady. A dowodem przesady niech będzie chociażby demolka połowy Londynu, jaką będziemy mieli okazję ujrzeć podczas seansu.
W pracy nad Sherlockiem Holmesem popisali się natomiast scenografowie, fachowcy od kostiumów i efektów specjalnych. Londyn z pozostającym wciąż w budowie Mostem Tower, brudny, zadymiony i cuchnący zrobił na mnie korzystne wrażenie. Nie wiemy rzecz jasna jak wyglądał wiek XIX, ale emocjonalnie odczuwam, że miasta mogły się prezentować właśnie w ten sposób.
Akcja jest wartka, graficznie film jest bardzo ładny, wyraźny, wszystko jest odmalowane w ostrych konturach. 'Sherlock Holmes' jest zdecydowanie filmem kinowym, który w istocie niedostatki fabuły opakowuje bardzo porządnym warsztatem twórczym. Również zgodnie z panującymi od lat trendami filmowi nadano pewną tonację kolorystyczną. 'Sherlock Holmes' jest filmem zielono - szarym [większość scen tak właśnie wygląda]. I szczerze mówiąc wybrano trafnie, moim zdaniem pasuje to do klimatu epoki.
Zaznaczyć króciutko wypada, że w chwili gdy piszę te słowa [maj 2010 roku], zapowiedziano produkcję drugiej części 'Sherlocka Holmesa'. Mowa nawet wstępnie o obsadzeniu Brada Pitta w roli profesora Moriarty. Czas pokaże, jak twórcy spiszą się w drugiej odsłonie.
Podsumowując warto polecić opisywany film jako znakomite, żywe widowisko w sposób mierny odpowiadające oryginałowi. Zaryzykuję tezę, że gdyby opowiedziano tą samą historię nie nazywając głównych bohaterów za Conan Doyle'm efekt byłby zdecydowanie lepszy, choć pewnie produkcję ciężko byłoby tak dobrze wypromować. Mówiąc krótko - mamy do czynienia z porządnym kinem przygodowym, ale biada widzom chcącym poobcować z prawdziwym Sherlockiem Holmesem. Tych odsyłam do zupełnie innych, bardziej udanych pod tym względem adaptacji.
Autor: PeeGee
komentarze