Kultura

Tytuł: Hity wszech czasów

Zjawisko hitu jest obecne w całej muzyce popularnej. Jest jej istotą, siłą napędową. W muzyce rockowej jednak hit przybierać może formy niezwykłe. Tak kuriozalne czasem, że odbiorca wysłuchawszy utworu zadaje sobie pytanie - dlaczego akurat ten jest popularny, a inny już nie? W artykule niniejszym nie podejmiemy się wyjaśnić ego zjawiska. Poprzyczepiamy się jednak do pewnych charakterystycznych rysów i cech pewnych wybranych hitów różnych podgatunków muzyki rockowej. Czasem przynależność do podgatunku, czy nawet do samej muzyki rockowej będzie dyskusyjna, ale celowo traktuję temat szeroko. Nie stosujemy żadnego wyraźnego kryterium doboru. Autor asekurancko zaznacza, iż chodzi mu jedynie o pewną refleksję nad piosenkami, które teoretycznie hitami wcale nie musiały się stać. Z drugiej strony jednak zaznaczam, iż wiele spośród wymienionych szczerze mi się podoba. Celowo też wrzuciłem do jednego worka utwory uznawane za legendarne i te, które uważa się za jedynie bardzo znane i lubiane. Ponadto niejednokrotnie odniesiemy się tuta do teledysków, które uważam za kluczowy czynnik w popularyzacji utworów muzyki ogólnodostępnej. Przejdźmy zatem do rzeczy:

   

Nirvana - Smells like teen spirit: jeśli szukasz stereotypu buntowniczej młodzieży, to zespół Nirvana jest nieoceniony. Prosta, nieco niedbale nagrana piosenka o krzykliwym refrenie i niezrozumiałym na pierwszy rzut ucha tekście. Utwór stworzył wokół siebie legendę tak mocą, iż jest do cna zgrywany na setkach tysięcy imprez rockowych w klubach całego świata. Co ciekawe jest to chyba jeden z najmniej pomysłowych kawałków zespołu. Zamiast kunsztu oferuje surową energię. Wygląda na to, ze to właśnie ujęło rzesze słuchaczy.



Soundgarden - Black hole sun: zastanawiające jak bardzo znanym utworem może stać się kompozycja psychodeliczna opatrzona dość strasznym, nie mniej psychodelicznym teledyskiem. Doprawdy scena pieczenia lalki Barbie na przydomowym grillu robi wrażenie. A jednak obecna była przez dłuższy czas na listach przebojów. Co więcej - z wyraźnym upodobaniem prezentowano ją w telewizji, radia z kolei jakby nie podbiła. Myli się ten kto stwierdzi, że szeroką publiczność fascynują tylko obrazy i dźwięki ugrzecznione. Utwór miał powolną, nieco subtelną ale zdecydowanie rockową formę, z charakterystycznym stwarzającym oniryczną atmosferę efektem gitarowym w refrenie.



H Blockx - Move: prostota w przypadku niektórych utworów wydaje się być fetyszem, atrakcyjnym towarem, którym gospodaruje się z najwyższą biegłością. H Blockx zdecydowali się na promocję opartej na basowym zagraniu i skandowanej piosenki i w jakiś niesamowity sposób trafili idealnie w oczekiwania młodszej publiczności, której melodia zbrzydła do cna. 'Move' do dziś stanowi jeden z najciekawszych przykładów hitu stworzonego z minimalnym wysiłkiem instrumentalistów, za to z naciskiem na wpadający w hip hopową stylistykę wokal.



Oasis - Wonderwall: wyjątek od zasady, ze muzyka rockowa reprezentuje sobą energię i emocje. 'Wonderwall' nazwać można balladą wśród ballad. Próżno szukać w historii rocka podobnych przykładów utworu powolnego, refleksyjnego, ciągnącego się ślimaczym tempem. Co ciekawe jednak jest to kompozycja sztandarowa dla zespołu Oasis. Z drugiej strony jednak, czy powinniśmy się dziwić, skoro zespół tylko nieco przerysował cechy charakterystyczne dla rocka brytyjskiego?



Nine Inch Nails - Closer: szeroka publiczność lubi czasem poświntuszyć ze swoimi ulubieńcami. A Nine Inch Nails oferują nam perwersję najwyższej próby: na poły zalęknioną, a na poły nieprzejednaną w swojej pomysłowości. Niejednokrotnie by wykreować hit trzeba zrobić słuchaczowi psychoanalizę. Nawet jeśli ma ona dotyczyć seksualnych frustracji. Jeśli dodatkowo zaprawimy to przerażającym klipem ociekającym niezrozumiałymi metaforami, możemy być pewni, że na temat utworu będzie wielka kontrowersja, wielka dyskusja. A stąd już krok tylko do powszechnego uznania. Muzykę prowokującą bowiem można odrzucać, ale nie sposób jej ignorować. Taka oto sztuka udała się moim zdaniem w wypadku 'Closer'.



Chris Rea - Road to hell: tylko Chris Rea mógł odmalować sceny dantejskie w warstwie tekstowej i ukazać je nam w stonowanej, na poły melorecytowanej stylistyce, z ciekawym ale też całkiem składnym i grzecznym riffem. Moim zdaniem zadziałała tu magia samego wykonawcy, który potrafi czarować głosem i kunsztownym wykonaniem instrumentalnym. Przy tym słuchacz całkowicie pozwala się wprowadzać w nawet najbardziej niepokojące obszary.



Bon Jovi - It's my life: zespół weteranów sceny potrafi czasem napisać utwór iście młodzieńczo naiwny. Już same rymy zdradzają nam, ze mamy do czynienia z przekazem prosto z serca, a nie koniecznie z muzycznego warsztatu. Niezwykłej sztuki dokonał Jon Bon Jovi całkowicie odrzucając wcześniejszy dorobek muzyczny i wchodząc na nieznane dla siebie pole pop rocka, które w niezrozumiały sposób zawojował. Jeszcze większym zaskoczeniem w mojej ocenie jest jednak w tak uładzonym kawałku przemycenie dość nietypowego efektu wokalnego, tak wkomponowanego w warstwę muzyczną, że nie razi słuchacza.



Beatles - Love me do: wielu legendarnym wykonawcom zdarza się napisać utwór, z którego słuchacz zapamiętuje tylko jeden riff i refren. Mam pewne przeczucie, że The Beatles zrobili to z premedytacją. Co ciekawe, okazało się to posunięciem słusznym. W publiczności istnieje bowiem zawsze nienasycony głód melodii prostych, rozpoznawalnych i typowo rozrywkowych, a przy tym o sympatycznym, nieskomplikowanym przekazie. Na uwagę zasługuje fakt, że hity takie jak 'Love me do' były dla Żuków wspaniałą odskocznią do dalszego rozwoju i muzycznych poszukiwań. Z rezultatami się nie dyskutuje. Swoją drogą zespołowi i tej piosence w szczególności zawdzięczamy stereotyp rozwydrzonej młodzieży do dziś pokutujący w świadomości pokoleń starszych.



Queen - We will rock you: arcyskomplikowane aranżacje, wszechstronne podejście do wykonania i wykończenia wokalnego, ambitny i poetycki tekst... Wszystkiego tego nie ma w utworze 'We will rock you', który w jakiś niepojęty sposób jest chyba najbardziej kojarzonym z zespołem Queen utworem. Niejednokrotnie jednak okazuje się, że artysta jest człowiekiem przekornym i lubi pokazać nie tylko ze coś umie, ale że z czegoś rezygnuje świadomie. W tym wypadku udało się stworzyć piosenkę wymarzoną do skandowania na koncertach. Nie można powiedzieć, by nie było to marzenie większości zespołów rockowych.



AC/DC - Highway to hell: Autostrada do piekła jest jedną z tych piosenek, których refreny znamy dobrze, ale zwrotki umykają nam bardzo szybko. Co ciekawe, artystom udało się w fantastyczny sposób wczuć w potrzebę szaleństwa i kołtuństwa obecną w duszy każdego fana rocka. Szaleństwo zaserwowano nam w postaci skrzekliwej maniery wokalnej i ogólnie luzackiego wizerunku AC/DC. Co dziwne był to strzał w dziesiątkę - panowie muzycy raz na zawsze opuścili blues rockową niszę.



Art company - Susanna: tak jak angielskie seriale komediowe nie mogą istnieć bez odkładanego śmiechu, tak czasem muzycy korzystają z nagrań publiczności żywo reagującej na rozwój akcji utworu. Chyba najbardziej jaskrawym przykładem jest właśnie 'Susanna'. Rzesze słuchaczy poruszyła w istocie dość banalna historyjka o trudach podrywania upatrzonej dziewczyny. Co niesamowite, to właśnie wszechobecne w radiowych audycjach nagranie koncertowe, w którym słuchacze na widowni bardzo głośno dawali do zrozumienia, że śledzą bacznie każdy wątek opowieści. Fakt, iż nikt nie słyszał nagrania studyjnego omawianego utworu odnotowuję jako ciekawostkę.



Guns n' Roses - Sweet child o' mine: Jedna z bardziej melodyjnych piosenek Pistoletów i Róż. Słuchacza może dziwić jak zespół zbił niesamowity kapitał za pomocą bardzo prostego akcentowanego rytmu i powtarzanego obsesyjnie całkiem sympatycznego, acz prostego motywu gitarowego, który nie licuje z fizjonomią gitarzysty, z którego wirtuozeria wręcz promieniuje. A jednak 'Sweet child o' mine' przszedł do historii jako sympatyczny wyjątek w hardrockowej karierze Guns n' Roses. A z drugiej strony jako rockowy wyjątek w sympatycznej muzyce popularnej.



Genesis - I can't dance: z każdej zwrotki i z każdego riffu piosenki [a nawet z niektórych beatów] tchnie ironia i humoreska. Zespól znany z progresywnych wycieczek i budowania emocjonalnego, intymnego klimatu nagle zrobił coś absolutnie nieoczekiwanego. A co więcej - zawojował radio i telewizję. Co strasznie nietypowe w utworze 'I can't dance', to dystans artysty do samego siebie. tak duży, że na przekór jakby zostaje przekuty na sukces. I niemałe pieniądze.



ZZ Top - Rough boy: Nawet w asyście długich bród i ciemnych okularów grać można piosenki emocjonalne i wyciszone. Moim zdaniem 'Rough boy' jest całkowitym zaprzeczeniem stylu rockersów rodem z południa Stanów Zjednoczonych. Nawet w wykonaniach koncertowych usłyszeć można z ust wokalisty; 'A teraz zagramy coś innego...'. Ballada ta staje się tym bardziej kuriozalna, gdy opatrzyć ją teledyskiem w konwencji science - fiction, co też uczyniono.



Prince - Purple rain: piosenka przerosła o trzy klasy sławę filmu, w którym ją prezentowano [o tymże tytule]. Książę dowiódł, że hit budować można również na publiczności, która na co dzień nie ma z danym wykonawcą nic wspólnego. Seksualnie narzucający się image zastąpiony został refleksyjną, nostalgiczną liryką, okraszoną przyzwoitym pokazem gry na gitarze. A przy tym posłuchać możemy naprawdę solidnego wykonania wokalnego. 'Purple rain' to moim zdaniem przykład, ze nawet najbardziej kontrowersyjny artysta może prędzej czy później wykreować klasyka muzyki popularnej, jeśli tylko pozwolą mu na to okoliczności.



Opus - Life is life: meloman nigdy nie powinien być zdziwiony, iż jakiś utwór zbudowano na jednym motywie. Jest to praktyka szeroko stosowana w produkcji hitów. Utwór 'Life is life', znany ze swojego koncertowego wykonania bije jednak pod tym względem wszelkie rekordy. Obiektywnie stwierdzić jednak należy, iż jest to niesamowicie adekwatna piosenka radiowa, która nie szokuje zmianami rytmu i przy której wykonywać można zwykłe czynności dnia [również czynności zawodowe]. Popyt odpowiada w tym wypadku podaży.



Electric Light Orchestra - Rock n' roll is king: można by stwierdzić, że używanie w tytule nazwy podgatunku rocka jest pretensjonalne. Może jednak być inaczej, gdy zabiorą się za to muzycy poważani, którzy jednoznacznie bawią się schematem. Paradoksalnie pastisz w tym wypadku wypadł lepiej niż niejedno poważne i wyposażone w ambicje nagranie rock n' rollowe. Przy tym został on automatycznie podchwycony przez słuchaczy i doceniony. Odnotujmy piosenkę Electric Light orchestra jako przykład bardzo udanego żartu.



Run DMC i Aerosmith - Walk this way: mariaże rocka i innych gatunków muzyki dziś sypią się jak z rękawa. Kilkanaście lat temu jednak były wciąż niemałą nowością, swego rodzaju szokiem. 'Walk this way' to jedna z najprostszych koncepcji takiego połączenia - monotonny riff okraszony rapowanymi wstawkami. A refren wspólny, należycie okrzyczany i wyskandowany. Muzykom czasem udaje się też zbudować kapitał na pozytywnych emocjach słuchacza. Moim zdaniem tak stało się w przypadku tego utworu [i klipu do niego]. Przesłanie czytane między wierszami brzmi - jesteśmy z innych bajek, ale jesteśmy w stanie się polubić i jeszcze nagrać niezły kawałek. Niejednokrotnie publiczność będzie słuchać takiego przesłania, gdyż ma podobne tęsknoty - by gatunki muzyki bardziej współgrały, by wykonawcy nie odcinali się od siebie.



Scorpions - Wind of change: artystów nachodzi czasem ochota, by się upolitycznić. Ale nie tak szaleńczo i rewolucyjnie, ale by przekaz można było uczynić w przebojowej formie. Scorpions stanęli na wysokości zadania w sposób godny podziwu. Wiele lat po upadku Muru Berlińskiego wicher zmian wieje z naszych radioodbiorników w towarzystwie innych subtelnych ballad rockowych. Nie należy też dziwić się, że dla przebojowości zespół zagubił gdzieś rockowy hart ducha. Trudno przecież przesłanie pokoju nieść na skrzydłach przesterowanych gitar.



Arrows - I love rock n' roll: czasem wydaje się, że z utworem wszystko jest nie tak: tekst lekki łatwy i przyjemny, riff niezbyt nowatorski, a kawałek mało różnorodny. A jednak nawet wśród takich dzieł znaleźć można wielkie, powszechnie uznane hity. W utworze 'I love rock n' roll' jest coś z esencji całego rock n' rollowego stylu grania i stylu bycia w ogóle. Wydaje mi się, że właśnie ten klimat jest przyczyną tak dużej popularności kawałka zespołu Arrows, który doczekał się wielu coverów.



Yes - Owner of a lonely heart: nie po raz pierwszy mamy okazję obserwować artystów, którzy biorą sobie chwilowe wakacje od bardzo rozbudowanych kompozycji i wielopoziomowych konstrukcji harmonicznych. W tym krótkim czasie wytchnienia piszą oni nieraz utwory zadziwiające swoją energią. 'Owner of a lonely heart' to bowiem sztandarowy przykład absolutnej wyjątkowości w dyskografii danego wykonawcy. Takie wybryki mogą zostać podchwycone przez szeroką publiczność bacznie przyglądającą się wciąż scenie muzycznej. Dodać należy, że panowie z Yes wykreowali hit nietypowy z innego jeszcze względu. Pozwolili sobie bowiem na częste zmiany rytmu i zaskakujące przejścia. Tym samym podjęli mężną walę z powszechnie panującym przekonaniem, że muzyka popularna tworzona być musi w maksymalnie monotonnym tempie.



Rammstein - Du hast: zgrany do bólu w klubach rockowo - tanecznych utwór, który uznać trzeba moim zdaniem za karykaturalny zbiór charakterystycznych cech muzyki Rammstein - mechaniczne gitary, niski, akcentowany wokal, masa syntezatorów. A wszystko to w uproszczonej strukturze i odpowiednim, gibiącym się nieco rytmie. Tam gdzie fan zespołu może cmokać z niezadowoleniem, szersze grono słuchaczy dostrzec może korzyści.



Blur - Song 2: idę o zakład, że większość z drogich czytelników pamięta z utworu jedynie riff i mało wyszukaną literacko, ale porywającą frazę 'woo hoo'. Przez jej użycie uzyskano nie raz obserwowany efekt: wszyscy znamy kawałek, ale niewielu słuchało zwrotki. Utwór panów z Rozmytego zespołu to czysta energia podana bez żadnych pretensji odnośnie głębokiej treści. Zadziwiający jest też fakt, że na co dzień prezentują oni muzykę raczej melodyjną i refleksyjną - w iście angielskim, stereotypowym stylu.



Pink Floyd -Another brick in the wall: kawałek jak na hit zdecydowanie nietypowy, gdyż emanuje buntem i depresyjnym charakterem. Dodatkowo firmowany jest przez zespół kojarzony z poetycko - progresywnymi wycieczkami i poszukiwaniami. Tymczasem zaatakowano nas prostymi, dobitnymi środkami wyrazu [chyba najlepiej z nich zapamiętany został chór dziecięcy]. Jeśli dodać do tego teledysk [moim zdaniem naprawdę groteskowy i straszny miejscami], otrzymujemy wielką niewiadomą. Z popularności utworu Pink Floyd wynieść możemy przede wszystkim wniosek, że recepta na hit nie może być sformułowana przez żadną nauką ścisłą.



Cranberries - Zombies: trudno sobie wyobrazić riff prostszy, niż ten, na którym zbudowano kawałek 'Zombies'. Niemal cała uwaga słuchacza siłą rzeczy musi skupiać się na operującej w dość oryginalny sposób wokalistce. Moim zdaniem fakt iż jej maniera wokalna została doceniona przez tak szeroką publiczność jest wart odnotowania. Swoją drogą klip wyznacza początek pewnego trendu, który obserwować będziemy później w teledyskach zespołów takich jak Marilyn Manson, Metallica, czy Nine Inch Nails - swego rodzaju wieloznaczny symbolizm, który może nie od razu jest czytelny, ale zwraca uwagę od pierwszego kontaktu z utworem.



Metallica - Nothing else matters: niesamowitym uczuciem musi być świadomość, ze jest się autorem utworu, od którego naukę zaczyna spory procent gitarzystów świata. Metallica zaserwowała nam bowiem balladę rockową w formie jedynej w swoim rodzaju - skrajnie prostej i w ten sposób dobitnej. Pokazała też światu, że nie tylko szaleńcze tempa i ciężkie riffy zespołowi w głowie, że potrafi zagrać także coś stonowanego, ot tak do złapania chwili oddechu, do kilku wyciszonych przemyśleń. Wbrew pozorom wyciszony nie zawsze równa się smętny. Jak jednak napisać balladę tak by miała w sobie energię - to jest wielka zagadka muzyki rockowej.



Queen - Bohemian rhapsody: słuchacz lubi czasem poczuć się koneserem. Niektórzy wykonawcy potrafią zaspokoić tego rodzaju potrzeby oferując produkt kunsztownie przygotowany, a jednocześnie wpadający w ucho. Czeska rapsodia to zdecydowanie przykład hitu arcyskomplikowanego - wiele zmian rytmu, wiele zaskakujących pasaży, wymieszane motywy udające muzykę klasyczną z tymi, które stanowić mogą awangardę hard rocka. Totalne szaleństwo, w którym jednak jest metoda. Miło pomyśleć, że czasem zespół zdrowo się namęczy i zyska stuprocentowo zasłużoną estymę.



Offspring - Why don't you get a job: Offspring jest przykładem zespołu, który punk rock przeniósł w zupełnie inny wymiar rzeczywistości. Z brudnych przedmieść robotniczych miast przeniesiono słuchacza w dzielnice estetycznych domków jednorodzinnych jakie występują chyba jedynie w USA. Mamy do czynienia z niezwykłym połączeniem gitarowego akcentu z poruszaną w tekście problematyką życia przeciętnego mieszczucha. A wszystko to zrobione niemalże na wesoło [a już na pewno z poważnym przymrużeniem oka]. W tym wypadku nie można natomiast mówić o jakimś odstępstwie od zwykłej stylistyki reprezentowanej przez zespół. Ci panowie tak po prostu mają.



Depeche Mode - Enjoy the silence: tym razem zdecydowanym kuriozum jest klip do całkiem przyjemnego i inteligentnego moim zdaniem kawałka. Nie wierzę, że król zasiadający na leżaku w różnych krajobrazach jest dla kogokolwiek metaforą zrozumiałą. Niemniej udało się panom z Depeche Mode stworzyć bardzo charakterystyczny symbol, który przez całe lata kojarzy się z konkretną piosenką. A to miedzy innymi jest podstawą popularności hitu.



Marilyn Manson - Tainted love: słyszałem kiedyś zdanie, że Marilyn Manson [zarówno zespół jak i jego lider pod tymże pseudonimem] najlepiej sprawdza się w coverach. Dobór utworu w tym wypadku jest jednak niemałym kuriozum. Nieco depresyjne, ale w sumie melancholijne i ugrzecznione podejście do relacji międzyludzkich nie należy do zestawu sztandarowych środków wyrazu wokalisty. Tymczasem oryginalny utwór 'Tained love' taki właśnie jest. Jeśli w umyśle słuchacza jeszcze jest zbyt mało zdziwienia to polecam klip do utworu, który nie przedstawia nic innego ponad wielką imprezę w iście hollywoodzkim stylu. Nawet obrazoburcy muszą się kiedyś rozweselić i pośpiewać coś lżejszego.



KoRn - Freak on a leash: niejednokrotnie na zasiedziałe rockowe salony wkroczy obrazoburca. Banda nieokrzesanych indywiduów, którzy usiłują nam pokazać jak ich zdaniem powinno się używać gitar. Najczęściej artystów takich przymusowo przenosi się na półkę z napisem 'awangarda'. Odtąd słyszeć będzie o nich jedynie wąski fanklub. Z KoRn stało się nieco inaczej - głównie za sprawą 'Freak on a leash', który epatuje dziwactwem, ale przez to właśnie moim zdaniem wydał się atrakcyjny dla szarego pożeracza treści kanałów muzycznych. Czasem bywa też, że hit wywołuje olbrzymie kontrowersje, polemiki i kręte sprostowania. I na przekór krytyce nie zanika, ale istnieje coraz mocniej.



Led Zeppelin - Whole lotta love: w muzyce rockowej twórca stereotypu automatycznie wciągany jest do panteonu niedoścignionych wzorów. Tak przydarzyło się Led Zeppelin, w dużej mierze za sprawą utwory 'Whole lotta love', który tak bardzo odpowiada szablonowemu schematowi utworu rockowego, iż właściwie paradoksalnie się tego nie zauważa. Mamy zatem charakterystyczny, rytmiczny, a przy tym nieskomplikowany riff, zaskandowany refren, kunszt wokalny objawiony w zwrotkach. A to wszystko podane z solówkowymi ozdobnikami [również wykazał się pan perkusista]. Moim zdaniem kawałek ten to znakomity przykład, że zwyczajność może być doceniona, jeśli tylko danej zwyczajnej rzeczy nikt jeszcze nie zrobił na odpowiednio wysokim poziomie.



Green Day - American idiot: punk amerykański nie od dziś potrafi zadziwić. Przede wszystkim artyści tegoż gatunku potrafią z elementów muzyki niszowej i buntowniczej tworzyć melodyjne, chwytliwe zwrotki i jeszcze bardziej niemożliwe do zapomnienia refreny. Protest przeciw kulturze masowej uprawiany w miękkich bamboszach w przedziwny sposób potrafi zagnieździć się w mateczniku samego zła - czyli właśnie w znienawidzonej kulturze masowej.



Motorhead - Ace of spades: starsi słuchacze z zadowoleniem powinni odbierać ten kawałek jako koronny argument na potwierdzenie tezy: muzyka rockowa to łomot. Utwór 'Ace of spades' napisany został w stylistyce zdecydowanie uproszczonej, zwanej potocznie 'hej do przodu'. Wykonanie wersji oryginalnej [bo coverów tego klasyka jest co nie miara] również wydaje się wskazywać na luźne podejście Motorogłowych do komponowania. Riff rzadko się zmienia, tekst jest zaśpiewany, tak że odnotowujemy w pamięci jedynie chrypę, a beat radośnie pcha nas do przodu. A jednak, może właśnie przez swoją stereotypowość, kawałek zyskał sobie ciepły kącik w sercu fanów rocka. Stereotypów nie wolno nie doceniać.



John Lennon - Imagine: wydaje się, że słuchacze mają głód definiowania swoich własnych odczuć i pragnień. Artysta, który w możliwie najlepszych słowach odda jakiś punkt widzenia, może liczyć na nie gasnącą sławę. John Lennon wsławił się streszczeniem w kilku zdaniach kultury hippisowskiej. Uczynił to ponadto w formie rozwlekle melancholijnej. Ot recepta na legendarną balladę. Zgrana do cna, 'Imagine' cały czas ma się dobrze i regularnie powraca na wszelkie listy złotych przebojów. Należy odnotować przy tym, że zadziwiające jest, iż utwory powszechnie uznane bardzo rzadko się nudzą.



Fine Young Cannibals - She drives me crazy: tolerancja publiczności na nietypowych wykonawców jest niejednokrotnie zastanawiająca. Okazuje się bowiem, że z homogenicznej masy wyłania się co jakiś czas muzyk, który robi coś inaczej. W tym wypadku do czynienia mamy z intrygującym wokalistą, którego nie sposób pomylić z nikim innym. A jednak bez jakiejkolwiek nachalnej akcji promocyjnej utwór 'She drives me crazy' wszedł do panteonu rockowych hitów. Podejrzewam, że warunkiem takiego obrotu sprawy jest jednak kunszt wykonania utworu jako całości. Zauważmy, że nawet najdziwaczniejszym hitom pod tym względem nie można nic zarzucić.



Dire Straits - Money for nothing: autoironia do sześcianu, gdyż nie dość że panowie z Dire Straits obśmiewają popularność i bogactwo rockmanów lansowanych swojego czasu w MTV [wierzcie lub nie - były takie czasy], to jeszcze zbijają na tym niezły kapitał. Utwór ma polot, a przy tym energię nie obserwowaną dotąd u zespołu. Pan Knopfler ten jeden raz zrezygnował z wykańczania każdej linijki tekstu mini solówką gitarową [nie uwłaczając owym solówkom i samemu wykonawcy]. A przy tym teledysk jest niemałym przełomem, gdyż stanowi jedną z pierwszych, topornych prób realizacją za pomocą niemal wyłącznie grafiki komputerowej. Zrobiono to tak uroczo nieporadnie, że jest on jak najbardziej strawny do dziś.



Aerosmith - Don't wanna miss a thing: monumentalność wyniesiona pod niebiosa. Panowie z Aerosmith pokazali, ze umieją napisać utwór refleksyjny i patetyczny do granic możliwości, a przy tym autentycznie podziałać na słuchacza. Jest to też jeden z przykładów kawałków rockowych, które przyćmiły popularność filmu, dla którego promocji były pisane [chodzi w tym wypadku o film science - fiction 'Armageddon']. Bardzo intrygujące jest również, że zespół w razie potrzeby może zrzucić krzykliwą szatę i napisać komercyjną [w pozytywnym tego słowa znaczeniu] balladę niemal na zawołanie.



Eksperci Epicentrum Kałuży wyrażają nadzieję, że powyższa autorska refleksja na temat hitów wyrażona w najlepszej wierze wniosła coś do poglądu czytelników. Słowem podsumowania bowiem zauważyć należy, że z rezultatami się nie dyskutuje i hit pozostanie hitem niezależnie od tego w jak niezwykłych okolicznościach udało mu się wpaść nam w ucho

Autor: PeeGee