Tytuł: Księgi
Europejski krąg kulturowy zawsze wydawał się postrzegać księgę jako jednocześnie nieprzebraną skarbnicę tajemnic, rzecz złowrogą i niedostępną oraz przede wszystkim - tajemniczą. Nie jest absolutnie przypadkiem, że u podstaw wielkich religii naszej części świata leżą księgi: Biblia, Tora, Koran. Teksty w nich zawarte mają też nieprzypadkową treść i konstrukcję - do dziś są przedmiotem żywej dyskusji. Człowiek bowiem ceni sobie zwyczaj, ale słowa raz zapisane w księdze istnieć będą tak długo, jak długo trwać będzie pamięć o istnieniu tych ksiąg. Niektóre z nich wywołują na nas wpływ, mimo że niewielu ludzi miało okazję je oglądać. Istnienie innych jest wręcz wątpliwe. A jednak ich widma nie chcemy i nie umiemy się pozbyć.
Rzućmy najpierw nieco światła na księgi będące żywym tematem dyskusji w świecie realnym. Później rzucimy okiem też na świat fantazji. Nie ulega wątpliwości, że pewnym archetypem kulturowym jest księga zakazana. Te budziły zawsze najwięcej emocji. I nie koniecznie musiały być zakazane przez jakiś odgórny autorytet - np. autorytet państwa. Wystarczy zaledwie, by z księgą wiązały się pewne niewyjaśnione opowieści, czasem jakaś przerażająca legenda... Nie będziemy z resztą zagłębiać się w meandry Index Librorum Prohibitorum, czyli Indeksu Ksiąg Zakazanych prowadzonego przez Papiestwo. Interesujący jest jedynie sam fenomen tegoż spisu, który jest całkowitym dowodem na to jak wielkie znaczenie ma księga w historii Europy.
Postaramy się przyjrzeć kilku z ksiąg prawdziwych i wyimaginowanych, które wzbudziły nasze zainteresowanie i których wpływ uważamy za znaczący. Pominiemy przy tym pisma które w naszym pojęciu budzić mogą kontrowersje. Będziemy się za to nurzać we wszelkiego rodzaju niewyjaśnionych księgach zawierających jakoby wiedzę tajemną, albo przynajmniej spędzających sen z powiem wielu ludziom.
Nazwa "Księga Umarłych" brzmi niezwykle złowieszczo. Szokuje prostym przerażającym wnioskiem, że umarli wciąż gdzieś tam przebywają i mogą potrzebować ksiąg. Jednocześnie zaś jest to księga dla żywych nie przeznaczona. A więc tajemnica... Okazuje się że nie aż taka jak myślimy. O tym jednak zaraz. Najpierw napawajmy się grozą innego miana jakie nosiła "Księga Umarłych": "Księga Wyjścia w Ciągu Dnia". Po bliższym zbadaniu sprawy okazuje się, że "Księga Umarłych" istniała naprawdę. I to nie jedna, lecz wiele egzemplarzy. Była to bowiem nazwa całego rodzaju literatury. Woluminy z tego rodzaju zaś były... Poradnikami. "Księgi Umarłych" pochodzą z Egiptu i używane były od czasów XVIII dynastii. Każda z nich stanowi zbiór użytecznych informacji, zaklęć i wróżb, które przeznaczone są dla umarłych podróżujących po Zaświatach. Bardzo oryginalna forma poradnika, niemniej traktowana przez Egipcjan zupełnie poważnie. Treść poszczególnych egzemplarzy nie różniła się znacznie, co tylko dowodzi wagi zawartych tam danych. Księgi opatrzone były odpowiednimi ilustracjami [np. bóg Anubis obsługujący wagę, na której ważone są uczynki zmarłego]. Gwoli ścisłości wspomnieć wypada, że księgi o podobnym charakterze odnaleźć możemy np. w Tybecie. Poradnik dla dusz nie jest wiec aż takim kuriozum, jak mogłoby się nam wydawać. Nazwę "Księga Umarłych" znajdziemy w wielu tworach kultury - choćby w poezji, tekstach piosenek, czy filmach. Niezwykle rzadko jednak księga ta jest choćby zbliżona do pierwowzoru. Najczęściej traktowana jest jako skarbnica wiedzy tajemnej, a w szczególności jako podręcznik nekromancji.
Bywały też w historii księgi zdecydowanie zakazane, których legenda kształtowała się przez sam fakt, że ktoś, jakiś autorytet uznał, że treść mogłaby okazać się niebezpieczna. Tak wygląda geneza famy "Codex Daemonicus". Praca powstała jeszcze w XVI w., ale smaku dodała jej głośna decyzja o wpisaniu na Indeks Ksiąg Zakazanych w 1926 r. Jak należy wnioskować z nazwy, pozycja owa traktować miałaby o demonach. Szczególnie intrygujący jest jednak jej ostatni ustęp. Podobno w bibliotece Watykanu znajduje się jedyny egzemplarz "Codex Daemonicus" nie pozbawiony tegoż ustępu. Cóż ten fragment zawiera? Któż to może wiedzieć? A legenda trwa.
"Vermis misteriis" to tajemnicza księga występująca w ledwie kilku, może kilkunastu egzemplarzach na całej Ziemi. Tytuł jej z łaciny tłumaczyć można jako "Tajemnice robaka". "Vermis misteriis" miałaby być księgą magiczną, zawierającą przerażające w skutkach zaklęcia i klątwy. Autor jej - Ludwig Prinn wiązany bywa ze szkołami magicznymi Bliskiego Wschodu, a przede wszystkim Syrii i Egiptu. Brzmi to całkiem sugestywnie... A jednak "Vermis misteriis" to wytwór wyobraźni R. Blocha - pisarza, jednego z przyjaciół i uczniów H.P. Lovecrafta - autora niesławnych mitów Cthulhu. Przykład "Tajemnic Robaka" przytaczam nie tyle ze względu na szczególną rolę jej samej, co ze względu na jej reprezentatywny charakter. Pogląd, że księgi magiczne [koniecznie złe] istnieją, jest bowiem powszechny. Wiele z tych, o których chodzą słuchy i plotki okazuje się mieć początek w jakimś szczególnie ciekawym opowiadaniu lub powieści.
Niezwykle podobna jest historia "Necronomicon". W tłumaczeniu tytuł ująć można jako "Obraz Praw Umarłych". Księgę napisać miał kompletnie szalony Arab - Alhazred, wyznawca mrocznych pradawnych bogów. Zarówno ów pomyleniec jak i jego dzieło są wytworem wyobraźni mistrza literatury grozy - Lovecrafta. O księdze wspominają z resztą inny autorzy gatunku. "Necronomicon" jest pozycją o tyle istotną, że wiara w jej istnienie jest niezwykle silna. Udokumentowano nawet przypadki oszustw antykwarycznych popełnionych na osobach naiwnych czytelników. Podobno jakiś dowcipniś spreparował nawet kartę biblioteczną "Necronomiconu" i podrzucił ją do katalogu biblioteki Uniwersytetu Yale. O samym wyimaginowanym dziele powiedzieć można tyle, że źródłem jego grozy jest rzekoma prawdziwość zawartych w nim informacji odnośnie pradawnych bóstw. A przecież to co prawdopodobne przeraża najbardziej...
Historie takie jak powyżej przedstawione miały swoje źródła i pierwowzory w podaniach i historyjkach nie pochodzących z literatury. Jedną z ksiąg magicznych, które podobno pozwalały dosłownie dokonywać cudów była "Księga Salamandry". Od jej zaginięcia w VIII w. nie wiadomo już nic pewnego. Podobno dobrali się do niej Jezuici, podobno była w Wenecji, podobno pracowali nad nią Hitlerowcy [co nie było takie dziwne zważywszy na ich okultystyczne zainteresowania]... Interesującą właściwością historii prac takich jak "Księga Salamandry" jest absolutna niesprawdzalność. Co ciekawe, nigdy nie trafiają one w ręce filantropów, którzy chcieliby wykorzystać je do szczytnych celów. Bardzo smutny to wniosek.
"Malleus Maleficarum" - tytuł ten uznać można bezsprzecznie za dowód, że łacina potrafi z każdej nazwy zrobić złowrogą. "Młot na czarownice" - bo tak brzmi to po naszemu, był piętnastowiecznym podręcznikiem dla inkwizytorów. Dodam, że była to pozycja specjalistyczna i dogłębna, jakkolwiek treść jej rzecz jasna jest mocno dyskusyjna. Księga owa omawiała źródła czarostwa, dokładnie opisywała praktyki z tym związane oraz oferowała praktyczne porady w walce z wiedźmami. Tak więc tym razem do czynienia mamy nie z księgą zakazaną, ale w pewnym okresie wręcz księgą zalecaną - przez Kościół oczywiście. Okazuje się, że książka by budzić emocje nie musi być wcale zakazana. Wystarczy aura tajemnicy oraz symboliczna reprezentacja jakiejś idei. W wypadku "Młota na czarownice" ideą tą była toczona okrutnymi metodami walka sług bożych z zepsutymi do cna adeptami sztuk magicznych.
Mit może mieć, niczym moneta - dwie strony. Myślimy że księga jest fikcyjna? A tu proszę: egzemplarz ma British Museum. Tak stało się właśnie w przypadku "Cthaat Aquadingen". Zbyt mało wiadomo na temat owej pracy by choćby snuć kompetentne przypuszczenia. A jednak legenda księgi tej jest żywa. Dochodzimy do kolejnego elementu księgarskich mitów - do tytułu. Dobry tytuł jest w stanie intrygować, nawet gdyby treść nie miała być bardziej przewrotna od podręcznika ogrodnictwa, albo instruktarza podróży kosmicznych. A przyznać trzeba, że niewymawialne ludzkim aparatem mowy "Cthaat Aquadingen" potrafi zaintrygować.
Sięgnijmy do czasów nam bliższych. "Biblia Szatana", autorstwa Antona Szandora La Veya, w odróżnieniu od powyższych jest całkowicie prawdziwa. Nie zamierzamy wgłębiać się absolutnie w jej treść, gdyż jest wysoce kontrowersyjna. Zajmiemy się jedynie formą. Ale właściwie o tą kontrowersję w "Biblii Szatana" chodzi. Jest to jedna z tych ksiąg, które mało kto czytał, ale które budzą zdecydowanie negatywne skojarzenia. Pozwoliliśmy sobie mówić o niej, gdyż wyśmienicie przylega do stereotypu księgi zakazanej: napisała ją postać mroczna i tajemnicza - żaden z La Veya lew salonowy. Ponadto już sam tytuł ma szokować przeciwieństwem [nikt nie wmówi mi, że zamierzenie było inne]. A przy tym - jest dość gruba. Wbrew pozorom ta ostatnia okoliczność ma kapitalne znaczenie. Księga traktująca o porządku Świata i o sposobie życia ludzi w tym Świecie nie może mieć formy broszury. Wyglądałaby wtedy niepoważnie. Tak więc "Biblię Szatana", spełniającą takie kryteria, traktować trzeba na równi z innymi księgami zakazanymi, gdyż najprawdopodobniej przez dziesiątki lat obrastać będzie odpowiednią legendą. A to doda dostojeństwa jej niesławie i zapisze w annałach wielkich dzieł z gatunku nieprawomyślności.
"Mein Kampf" to kolejna książka dwudziestowieczna, która obrosła mniej lub bardziej zasłużonym mitem. Trudno by było inaczej, skoro miała tak niecodziennego autora, jak jeden z największych zbrodniarzy w historii - A. Hitler. Nie będziemy poruszać treści, która jest pożywką dla różnego rodzaju ekstremizmów i w związku z tym dyskusja o niej jest niebezpieczna. Natomiast wypada zauważyć po raz kolejny, że mit dotyczy dzieła, które mało kto zna. W świadomości wielu Europejczyków Mein Kampf nie tyle jest źródłem wiedzy tajemnej, co źródłem potęgi III Rzeszy, jej quasi magicznym artefaktem. By sprowadzić te dywagacje na ziemię wystarczy wspomnieć, że mimo rekordowej liczby egzemplarzy wydanych i sprzedanych do upadku Niemiec w 1945 r., nie była ona specjalnie poczytna. Co więcej z jej powstaniem wiąże się zabawna anegdota, nie przystojąca zupełnie książce kształtującej losy milionów. Otóż podobno została napisana po tym jak współwięźniowie Hitlera [mowa tu o pozbawieniu wolności za współorganizowanie puczu monachijskiego] zabronili mu wygłaszać mowy polityczne. Znalazł on w pisaniu ujście dla swojej nadpobudliwości.
Jeśli, drogi czytelniku, oczekiwałeś tekstu demaskatorskiego, to pragnę wyrazić moje ubolewanie. Mamy jednak nadzieję, że spostrzeżenia na temat mitu ksiąg i ich wpływu na umysły ludzi będą z jakiegoś powodu cenne. Można by jednak przejść teraz na płaszczyznę fikcji kulturalnej i zobaczyć jak przedziwne woluminy widziane są przez artystów.
Przyjrzyjmy się stereotypom, bo te zawsze wiele mówią o nas samych. Wniknijmy na chwilę w świat fantazji kreowany w literaturze i kulturze popularnej. Kim są najwięksi złoczyńcy i dobroczyńcy opowieści fantastycznych? Najczęściej są magami. A ci najczęściej do czynienia mają z księgami. Choćby Raistlin ze świata Dragonlance - czarownik i brat zdrajca, ze swoją drogocenną księgą, z którą nie potrafi się rozstać. Albo Gandalf z Tolkienowskiego "Władcy Pierścieni". Co prawda nie taszczy za sobą ksiąg, które w jego ruchliwym fachu byłyby nieracjonalnym obciążeniem. Ale nawet on sięgać musi do zakurzonych woluminów w Minas Tirith by przeniknąć do istoty sprawy i przewidzieć powrót złego Saurona. Włączmy byle grę komputerową, albo chociażby na żywo dajmy się porwać w świat przygody RPG. W większości wyimaginowanych światów źródłem magii, albo przynajmniej możliwości intelektualnych jest właśnie księga. Czy słyszeliście kiedykolwiek o czymś w rodzaju Miecza Mądrości? Albo Maczugi Magii? Jeśli nawet tak - musicie przyznać iż jest to niezmierna rzadkość.
Rzućmy okiem do literackiego świata wykreowanego przez Glena Cooka - odnajdziemy tutaj fenomen innego nieco rodzaju. Złowrogi Rok Czaszek, wielką tragedię wszystkich żyjących ludzi, o której mowa w późniejszych tomach cyklu "Czarnej Kompanii" sprowadzić ma nic innego, jak księgi. Odczytane w odpowiednim porządku pozwolić mają na odprawienie mrocznego rytuału... Czy nie przypomina nam to choćby odrobinkę "Księgi Salamandry"?
A ponury świat przyszłości ukazany w świecie "Warhammer 40 000"? Proszę bardzo - nawet uciekając w tysiące lat w przyszłość wszędzie widzimy piętrzące się stosy ksiąg, których charakteru i niepokojącej mocy nie wyparła nowoczesna technologia. Z resztą to samo stwierdzić możemy wchodząc w inne rozbudowane światy z gatunku science fiction [jak choćby ten w którym rozgrywała się akcja wspaniałej bitewnej figurowej gdy "Warzone"]. Chyba jedynie uniwersum Gwiezdnych Wojen oparło się uwodzicielskiej magii książek. Tu jednak moja wiedza może być zawodna.
Na motywie księgi jeździł bardzo wprawnie Umberto Eco w pamiętnym "Imieniu Róży", w którym księga o zatrutych stronicach miała właściwość zabijania swoich czytelników. Atmosfera tajemnicy i niepokoju absolutnie nie do podrobienia. Jakie też straszliwe tajemnice kryć mogła by ktoś zdecydował się zastosować tak drastyczne rozwiązania? Nie zdradzając fabuły książki oraz jej świetnej ekranizacji [z Seanem Connerym] powiem tylko oględnie, że autor powieści zażartował sobie z nas wszystkich. Być może i jego urzekł mit księgi?
Nawet [a może przede wszystkim?] mistrz horroru i grozy - H.P. Lovecraft i jego uczniowie, jak H. Kuttner wciąż obsesyjnie powracają do motywu księgi. Panom tym udało się stworzyć między innymi motyw "Necronomicon" [o czym było wyżej, a co celowo poruszyłem wcześniej jako że wierzy się w istnienie tego dzieła].
Pod tym względem nie oszczędzono nawet świata muzyki. Przyznam, że nie jest to może muzyka dla każdego dostępna, ale obecność tajemnych, potężnych tomów jest tam obecna jak nigdzie indziej. Spójrzmy na jeden z najbardziej kuriozalnych tytułów w historii rocka i metalu: "Papyrus Containing the Spell to Preserve Its Possessor Against Attacks from He Who is in the Water" ["Papirus Zawierający Zaklęcie, Chroniące Posiadacza Przed Atakami Tego, Który Przebywa w Wodzie"] - autorstwa zespołu Nile. Czy nie czujemy dreszczy na samą myśl o starożytnej mocy egipskich manusktryptów? Albo poczytajmy teksty zespołu Iron Maiden z płyty "Brave New World" - czy słowa "Book Of The Dead" nie kojarzą nam się z czymś?
Ze stwierdzeniem że nasza kultura cierpi na obsesję księgi można dyskutować, ale niemniej problemu zignorować się nie da. Narzuca się on nieco natrętnie, a jednocześnie jest wszechobecny. W człowieku jednak chyba jest coś takiego, co każe mu poszukiwać lepszego życia na stronach ksiąg dawno zapomnianych, szalonych autorów. Albo przynajmniej lubimy myśleć, że ktoś mógłby tak robić...
Autor: PeeGee
bibliografia:
Reset -Nr 4/98 [12], kwiecień 1998
Kuttner H. - Księga Ioda, Chaosium 1997