Tytuł cyklu: Lato z kryminałem
Autorzy:
- 1. Henning Mankell "Morderca bez twarzy" - "Mördare utan ansikte" [1991] Szwecja
- 2. Jean -Claude Izzo "Total Cheops" - "Total Khéops" [1995] Francja
- 3. Aleksandra Marynina "Ukradziony sen" [1995] Rosja
- 4. Marek Krajewski "Koniec świata w Breslau" [2003] Polska
Liczba tomów: 4
Rok wydania cyklu: 2006
Gatunek: kryminał
Tygodnik "Polityka" wraz z wydawnictwem W.A.B. w czasie ubiegłorocznych wakacji rozpoczął wydawanie serii "Lato z kryminałem". Seria to wybór 4 dzieł tego gatunku napisanych przez najpopularniejszych twórców z 4 różnych krajów (żeby nie powiedzieć krańców) Europy. Dzięki nim odwiedziliśmy Szwecję i Francję, by przez Rosję (niczym w szalonej promocji tanich linii lotniczych) wrócić do Polski. Akurat dużo jeździłam autobusem (niestety nie za granicę, a na praktyki i z powrotem). Wnętrze pojazdu nie różniło się zbytnio z dnia na dzień, a świat za oknem nie dość, że był oklepany, to jeszcze coraz mniej widoczny przez zaklejone reklamami i zaparowane szyby. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak zainteresować się lekturą.
Do kryminału miałam wcześniej podejście dość zachowawcze - zawsze kojarzył mi się z jakimiś niechlujnymi facetami, przekładającymi zaślinionymi paluchami rozpadające się ze starości kartki książki w ciemnej miękkiej okładce o niedefiniowalnym już kolorze i rysunku. Nie wiedzieć czemu w moim wyobrażeniu zawsze było to dzieło wypożyczone z miejskiej biblioteki - obowiązkowo "ubrane" w były worek po mleku nie pierwszej już młodości. No i w ogóle co to za literatura?! Żadne Freudy, Dostojewskie, Singery ni inni nobliści. Żadnej głębi, ni filozofii w tym nie uświadczysz - myślałam. Jednym słowem nie ciągnęło mnie do nich.
Ogrom mego błędu odkryłam już przy pierwszym przedstawicielu gatunku. W autobusie zdążyłam przeczytać tylko dwie pierwsze książki - "Mordercę bez twarzy" Henninga Mankella (to właśnie ten autor mnie przekonał, że taka książka może mieć głębię) i "Total Cheops" Jean-Claude'a Izzo (ten, o dziwo, odpowiadał moim wyobrażeniom o kryminale).
Mankell pisze nie o barwnych pościgach, grze nerwów, aresztowaniach i trudnym, brutalnym życiu gliniarzy, którzy swoją misję wyrażają w słowach, których przytaczać tu nie wypada. Tworzy swojego bohatera - Kurta Wallandera, komisarza policji z Ystad, jako człowieka pełnego rozterek, wątpiącego w sens tego co robi i zastanawiającego się co chwila nad życiem swoim, swoich bliskich i kolegów a nawet przyszłością własnego kraju. Szwecja z tych książek, to kraj stojący nad brzegiem przepaści - na razie nie robi jeszcze Gomułkowego "wielkiego kroku naprzód" ale zmienia się nieodwracalnie na gorsze, co obrazuje wzrost i brutalizacja przestępczości. Każda książka Mankella ukazuje inne źródła tych przemian: tłumy nie naturalizujących się imigrantów, ogromne grupy ludzi, którzy nagle stali się nikomu niepotrzebni, rozpad więzi rodzinnych itp. Wallander nie tylko szuka sprawców okrutnych morderstw. Przede wszystkim szuka klucza do zrozumienia własnego, coraz bardziej obcego mu społeczeństwa. Każda zbrodnia jest dla niego przyczynkiem do analizowania otaczającego go świata.
Zastanawia mnie tylko kiedy komisarz robi zakupy, sprząta, pierze i prasuje - jedzenie w lodówce, czyste i wyprane koszule po prostu są w domu tego samotnego rozwodnika, który życia osobistego właściwie nie ma. Ma za to problemy ze zdrowiem, nadwagą i kryzysem wieku średniego - co nie przystaje do serwowanego nam zwykle w amerykańskich produkcjach obrazu dobrego gliniarza.
Z kolei Fabio Montale - bohater "Total Cheops" to zupełne przeciwieństwo Wallandera - osiłkowaty, zdrowy i silny nie zaprząta sobie głowy dumaniem nad życiem i społeczeństwem. On ma prawdziwe problemy - kumpli z podwórka, którzy są teraz po przeciwnej stronie barykady, dzieciaki, które nie mają przyszłości, bo ćpają i kradną, ale przecież w ich dzielnicach nie można inaczej, czy też prostytutki, które albo znajduje żywe w swoim łóżku, albo martwe w rynsztoku. Jednocześnie to "romantyk" - lubi dobrze zjeść (sam świetnie gotuje, co zawdzięcza swoim włoskim korzeniom), pogadać przy winie z przyjaciółmi (których prawie nie ma) i marzyć o naprawie (może nie w najbliższej przyszłości ale "kiedyś") Marsylii - tego brudnego śmierdzącego miasta, które przecież kocha. "Total Cheops" to ciemna, mętna pisanina nie wiadomo o czym, nawet samej akcji książki nie byłam w stanie dokładnie odtworzyć, bo autor strasznie skakał i w czasie i w przestrzeni - no, ale to Francuz - "odkrycie" tamtego rynku wydawniczego. Widać ten typ tak ma.
Następne dwie księgi cyklu ostały mi się aż do późnej jesieni. I tak w październiku czytałam "Ukradziony sen" Aleksandry Marininy - zdecydowanie najbliższą naszym realiom i chyba najciekawszą część serii "Polityki", choć jej akcja dzieje się w Moskwie i o tamtejszej milicji opowiada. Jak się okazuje zdarzają się tam uczciwi gliniarze, choć można mieć wrażenie, że ich liczba ogranicza się do członków jednej sekcji Głównego Urzędu Spraw Wewnętrznych prowadzonej przez tzw. Pączka. Jego podwładni to zaangażowani, solidni i praworządni oficerowie o najwyższych kwalifikacjach, z których każdy specjalizuje się w czym innym. Główny bohater powieści to ekspert od analizowania zdobytych przez kolegów materiałów - starszy oficer operacyjny wydziału kryminalnego, major milicji - Anastazja Pawłowna Kamieńska. Spośród bohaterów kolekcji tygodnika wyróżnia ją nie tylko płeć, ale także niezwykła inteligencja, zdrowie w stanie zasługującym na rentę i autoironia wypływająca z niezwykłego poczucia humoru. Ogrom innych zalet, w które Nastię wyposażyła autorka, świadczyć może o wyidealizowaniu graniczącym z przesadą, ale trudno nie polubić krnąbrnej i wiecznie sceptycznej pani major. Aleksandra Marinina sama przepracowała szmat czasu w milicji jako kryminolog, co widać w dokładności z jaką stara się odtworzyć realia pracy w moskiewskich organach ścigania. Potrafi jednak nie zanudzić tymi drobiazgami czytelnika, tworząc zaskakującą, a zarazem bardzo realistyczną fabułę. Mimo, że posiadamy więcej informacji niż Anastazja Pawłowna, sami nie jesteśmy w stanie rozwiązać zagadki nad którą bohaterka się głowi. Choć Marinina zdaje się prowadzić nas za rękę od jednej teorii do następnej, każda okazuje się na końcu fałszywa. Nie ma prostych odpowiedzi na proste pytania, a fabuła żyje własnym życiem.
A na koniec - "Koniec świata w Breslau". I rodzimy Marek Krajewski z jego wizją ociekającej krwią historii przedwojennego Wrocławia, penetrowanej przez niezbyt sympatycznego radcę kryminalnego Eberharda Mocka. Akurat ta książka trochę mnie rozczarowała - za dużo sobie obiecywałam po oszałamiającej popularności Krajewskiego i głosach zachwytu nad jego dziełami. Ale trudno nie oddać mu niezwykłej wręcz dokładności w opisie każdego elementu życia bohaterów - od składników ich menu po szczegóły wykresów, które właśnie analizują. Mimo swej gruboskórności i brutalności Mock budzi szacunek, a Krajewski podziw dla jego pasji odtworzenia nieistniejącego już miasta kamień po kamieniu - z jego atmosferą, problemami i śmietanką towarzyską. Upór z jakim radca poszukuje sprawców zbrodni, które właściwie powinny pozostać nierozwiązane, drażni ale zarazem przyciąga do lektury. Jest to jedna z tych serii, która zwraca uwagę nie fascynującym bohaterem czy zagmatwaną akcją ale doskonałą kompozycją wszystkich składników dobrego kryminału. I to nawet pomimo tego, że składniki te wymieszane są w sposób wydawałoby się, zupełnie sprzeczny z klasycznymi zasadami - eleganckie towarzystwo Breslau jest tu sektą hołubiącą zarówno podejrzanego guru jak i wszelkiego rodzaju perwersje; nasz radca choć staje w obronie prawa i brzydzi się zainteresowaniami elity, zarazem sam lubi sobie popić i w razie konfliktu ręcznie dać żonie do zrozumienia, kto w ich domu nosi spodnie. Zadziwia czytelnika nie tylko kontrast eleganckiego i lubiącego dobrze zjeść Mocka z jego prostackimi zachowaniami, jak i zadziwiające powodzenie jakim cieszy się on u kobiet delikatnych i egzaltowanych, mimo iż ani kulturą osobistą ani swym wyglądem nie zachęca on ich bynajmniej do bliższych kontaktów.
Jedno co można zarzucić pomysłowi tygodnika to fakt, że prezentowane są książki wyrwane z kontekstu - ani pierwsze z cyklów opisujących danego bohatera (tu wyjątkiem są po kolei publikowane dzieła Jean-Clauda Izzo, ale wynika to z faktu, iż żadnej następnej części jeszcze nie wydano) ani szczególnie wyróżniające się w serii. W te wakacje "Polityka" kontynuowała serię prezentując kolejne 4 dzieła tych samych autorów. Niestety zdarza się, iż książki wydane w tym roku są wcześniejszymi od ubiegłorocznych - zarówno pod względem daty wydania, jak i chronologii dziejów bohaterów, którzy w tegorocznych publikacjach przeżywają dopiero przygody, które wspominali w roku ubiegłym. Tym niemniej jest to doskonała forma promocji kryminału jako gatunku, jak też sposób na zapoznanie się z twórczością bardzo poczytnych w Polsce autorów. Wszystkim jeszcze nie zapoznanym zalecam taką lekturę. Nie tylko w autobusie.
Tekst zmodyfikowany. Oryginał ukazał się pod tytułem "4 strony kryminału" w Permanentniku Studentów Prawa "LexUS" nr 14/2007
Autor: Karolina Mądra