Wykonawca: KoRn
Koncert: Rock Am Ring, Niemcy
Rok: 2006
Gatunek: nu metal, elementy rocka, metalu progresywnego

Zacznę od kilku słów tytułem wstępu. Czasem bywa tak, że zespół w pewnym momencie kariery robi woltę, która zaskakuje wszystkich i zmienia się nie do poznania. Część fanów wiernych mu od początku odpada, w ich miejsce pojawiają się nowi. Rezultat zaś dyskutowany jest potem przez lata, jeśli tylko sam zespół wytrzyma iście astronautyczne naprężenia które powstają w wyniku tego procesu. Tak właśnie jest z prekursorami New metalu, który od swych narodzin w roku 1994 bardzo mocno się zestarzał, a niektórzy twierdzą że już nie żyje. Jestem jednym z tych, którzy obserwowali zespół niemalże od początku [w naszym kraju prawdziwy rozgłos zyskała dopiero wydana w 1999 r. płyta "Follow The Leader", a pierwsze echa nadeszły z wcześniejszą "Life Is Peachy"]. Dlatego też stałem w pierwszym szeregu zadziwionych upadkiem dotychczasowej konwencji i wejściem zespołu na nowe ścieżki artystyczne. Obecny kierunek rozwoju grupy "KoRn" jest mi bardzo obcy i oceniam go zdecydowanie negatywnie. W 2006 roku jednak pewna impreza okazała się być według mnie bardzo godna uwagi. Coroczny niemiecki Rock Am Ring nie po raz pierwszy gościł zespół. Tym bardziej więc występ z roku 2006 [czyli relatywnie niedawno jak na polską miarę częstotliwości organizacji dużych koncertów] jest okazją do podsumowań. Wybrałem też zapis tego występu [który można było zobaczyć za pośrednictwem telewizji MTV] z jeszcze jednego względu. Wykonanie i koncepcja oraz przede wszystkim dobór utworów to świetny materiał do analizy historii "KoRn" oraz wysnucia pewnych przewidywań odnośnie ich przyszłości.
Do rzeczy zatem. Co widać? Przede wszystkim uderzające są dwie rzeczy: rozmiary publiczności oraz fakt, że występ odbył się w świetle dziennym. Obie okoliczności moim zdaniem mają wielkie znaczenie dla atmosfery każdej imprezy masowej. Trzeba przyznać, że przez cały czas trwania koncertu widzowie żywo reagowali na zaczepki skierowane do nich ze sceny. Ponadto widać już po kilku minutach, że mamy do czynienia z widownią dobrze obeznaną ze studyjnym dorobkiem grupy. Tak też było od wielu lat i muszę przyznać, że ja sam z fanatycznym zapałem swojego czasu analizowałem każdy dźwięk nagrań. Pod tym względem nowi miłośnicy "KoRn" nie ustępują dawniejszym. Z kolei światło dzienne stanowiło pewne wyzwanie dla realizatorów obrazu. Powiem jednak od razu, że ich pracy nic nie można zarzucić: to co się dzieje na scenie zobaczyć możemy w sposób klarowny. Nie dochodzi do żadnego gorszącego zasłaniania się efektami wizualnymi, czy też grą świateł.
To dobrze, gdyż dzieje się naprawdę niemało. Szczególnie za sprawą obecnych na scenie muzyków sesyjnych. Troszkę smutne, że stary znany i lubiany skład grupy został naruszony. Na opisywanym występie zespół wystąpił w składzie: Jonathan Davis [wokal, okazjonalnie również dudy], David Silveria [perkusja], James "Munky" Shaffer i Reginald "Fieldy" Arvizu. Brak jednego ze współtwórców grupy: Briana "Heada" Welcha, którego odejście w swoim czasie stanowiło niemałą sensację wśród fanów. Gwoli ścisłości zaznaczę, że w momencie w którym piszę te słowa członkostwo w zespole zawiesił także perkusista. Jak duża jest rola sesyjnych podczas występu na Rock Am Ring? Moim zdaniem olbrzymia. Widz może mieć wrażenie iż na scenie stoją dwa kompletnie niezależne zespoły: jeden znany, a drugi całkowicie anonimowy - twarze muzyków sesyjnych przesłaniają bowiem maski zwierząt nawiązujące do okładki płyty "See You On The Other Side". Utwory oryginalne ładnie wypełniane są ich grą i w większości wypadków tylko na tym zyskują. Niepokoi natomiast nieco nasuwające się wrażenie, iż członkowie "KoRn" mogliby zejść ze sceny, a ich anonimowi towarzysze i tak zakończyliby koncertowy set w naprawdę przyzwoitym stylu. Nie chodzi nawet o niekompetencję członków zespołu, ale o zderzenie żywiołowej energii z której zawsze słynął z chłodnym perfekcjonizmem profesjonalistów. Łatwiej było wybaczać drobne błędy i potknięcia, gdy "KoRn" nie kontrastował z doskonale przygotowanymi, sprawnymi niczym automaty fachowcami. Często jednak aranżacja jest opracowana na tyle dobrze, że oba bieguny się uzupełniają. Szczególnie pod tym względem przypadł mi do gustu sposób zagrania szybkiego motywu początkowego "Somebody someone" na dwie perkusje oraz drugi wokal pięknie komponujący się z głosem Davisa w interludzie "Here to stay".
Set uważam za bardzo dobrze dobrany. Tempo występu zmienia się, jest dynamiczne i pozwala dać się porwać. Żaden moment nie wydał mi się nudny. Przy tym jest on naprawdę nie najgorszym podsumowaniem dotychczasowej kariery "KoRn". Rozpoczęcie stanowi szybki, motoryczny "It's on!". Dalej klasyka miesza się z nowszymi propozycjami zespołu. Z jednej strony mamy więc ukochane przez starszych fanów kompozycje: "Clown", "Shoots and ladders" [w którym to utworze mamy okazję podziwiać grę wokalisty na dudach - swojego czasu jego znak rozpoznawczy], "Somebody, someone", "Blind", "Freak on a leash". Z drugiej zaś: "Counting on me", "Twisted transistor", czy "Coming undone". Muszę przyznać, że mimo iż całkowicie poprawnie zagrane, to utwory z płyt "Take a Look In The Mirror" i "See You On The Other Side" nie stanowią żadnej konkurencji dla tych wcześniejszych. Jest to jednak absolutnie subiektywna kwestia. Niektórym utrata dynamiki na rzecz melodii może się podobać
Ciekawym akcentem występu jest ponadto prezentowana nie po raz pierwszy składanka [tzw. medley] różnych utworów grupy z różnych okresów - nawet tych najstarszych. Efektownie wyszły moim zdaniem przejścia pomiędzy poszczególnymi fragmentami. Zdradza to solidną robotę prowadzoną na próbach - medley jest znakomicie wyćwiczony i wychodzi bez zarzutu.
Cóż wypada powiedzieć jeszcze o występie z roku 2006 na Rock Am Ring? Oby takich więcej. Spadek formy studyjnej "KoRn", który w odczuciu wielu osób następuje nie daje wielkiej nadziei odnośnie dalszych losów grupy. A jednak, jeśli w dalszym ciągu będzie ona z przyzwoitej strony prezentować się przed publicznością, zachowa w jej sercach przynajmniej ciepłe wspomnienie. Jak będzie? Czas pokaże.
Autor: PeeGee